Rolnik to zawód. I to jeden z trudniejszych, jakie znam
Doradztwo rekrutacyjne, Nauka i samokształcenie

Rolnik to zawód. I to jeden z trudniejszych, jakie znam
Piszę ten tekst z Wyryk na Lubelszczyźnie, gdzie spędzam właśnie kilka dni. Za chwilę, 23 sierpnia, odbędą się tutaj Dożynki Powiatu Włodawskiego. Będą wieńce, korowód dożynkowy, muzyka, wspólne świętowanie i wszystko to, co kojarzymy z zakończeniem żniw.
I właśnie tutaj pomyślałam sobie o jednym zawodzie, o którym właściwie nigdy nie piszę, chociaż zawodowo od lat zajmuję się karierą, zmianą pracy i przebranżowieniem.
Rolnik.
Co ciekawe, przez wszystkie lata mojej pracy jako doradca kariery nie zgłosił się do mnie ani jeden rolnik, który powiedziałby: chcę zmienić zawód, chcę sprawdzić, co innego mógłbym robić.
Ani jeden.
I zaczęłam się zastanawiać, dlaczego.
Być może mam po prostu słabe dotarcie do tej grupy zawodowej. To jest jedna możliwość.
Ale może jest w tym coś więcej. Bo w przypadku rolnika zmiana zawodu wygląda zupełnie inaczej niż w przypadku osoby pracującej w korporacji. Menedżer może zmienić firmę, branżę, stanowisko. Może wysłać CV, przejść proces rekrutacyjny i za kilka miesięcy pracować w zupełnie innym miejscu.
Rolnik nie zmienia tak łatwo „pracodawcy”.
Jego miejsce pracy to często jednocześnie ziemia, dom, majątek, maszyny, gospodarstwo przejęte po rodzicach, czasem dorobek kilku pokoleń. Jeżeli miałby całkowicie odejść od tego zawodu, dla wielu osób oznaczałoby to nie tylko zmianę pracy. To mogłoby oznaczać zmianę całego sposobu życia, a czasem również przeprowadzkę do większej miejscowości czy miasta.
I może dlatego rolnictwo jest jednym z tych zawodów, z których nie wychodzi się tak łatwo.
Ale jest też druga rzecz, która mnie zastanawia.
Czy my w ogóle myślimy o rolniku jak o zawodzie?
Rolnik? Przecież to normalny zawód
Kiedy pytamy dzieci, kim chcą zostać, słyszymy: lekarzem, weterynarzem, prawnikiem, programistą, strażakiem. Później, kiedy rozmawiam z dorosłymi o zmianie kariery, pojawiają się marketing, HR, sprzedaż, IT, finanse, coaching, własny biznes.
Rolnik pojawia się bardzo rzadko.
Jakby nie był to zawód, tylko coś, co człowiek robi dlatego, że urodził się na gospodarstwie.
A przecież rolnik jest zawodem. I to zawodem wymagającym wiedzy z bardzo wielu dziedzin.
Sama skończyłam ogrodnictwo na SGGW i pamiętam, jak szeroka była wiedza, którą trzeba było zdobyć. Gleboznawstwo, botanika, fizjologia roślin, nawożenie, ochrona roślin, sadownictwo, warzywnictwo, ekonomika. Dzisiaj dochodzą do tego kolejne technologie, automatyzacja, informatyka i rolnictwo precyzyjne.
SGGW nadal prowadzi zarówno ogrodnictwo, jak i rolnictwo. W opisie kierunku rolnictwo znajdują się nie tylko produkcja roślinna i zwierzęca, ale również ekonomika i organizacja gospodarstw, rynki produktów rolnych czy zastosowania informatyki w rolnictwie. Z kolei absolwenci ogrodnictwa są przygotowywani m.in. do organizowania pracy w przedsiębiorstwach ogrodniczych i korzystania z nowoczesnych technologii produkcji.
To nie jest więc zawód polegający na tym, że ktoś rano wsiada na traktor i jedzie w pole.
Współczesny rolnik prowadzi przedsiębiorstwo.
Sama kiedyś zastanawiałam się, czy nie mogłabym zostać rolnikiem
Ten temat jest mi bliski również z innego powodu.
Mam kilka hektarów ziemi i był kiedyś w moim życiu moment, kiedy zastanawiałam się, czy może właśnie w tę stronę nie pójść zawodowo.
W końcu skończyłam ogrodnictwo. Paradoksalnie mam więc znacznie bardziej formalne wykształcenie do prowadzenia produkcji ogrodniczej niż do części rzeczy, którymi później przez lata zajmowałam się zawodowo.
I wiecie, co mnie zatrzymało?
Wcale nie wizja ciężkiej pracy.
Bo w korporacji też można pracować bardzo ciężko. Można pracować po kilkanaście godzin, mieć odpowiedzialność za ludzi, wynik, budżet, projekty, kryzysy i budzić się w środku nocy z myślą o tym, czego nie udało się zrobić.
Ciężka praca mnie nie przerażała.
Przeraziło mnie coś zupełnie innego.
To, jak wiele w rolnictwie jest rzeczy niezależnych ode mnie.
Mogę bardzo dobrze przygotować ziemię. Wybrać odpowiednią odmianę. Kupić dobry materiał. Posadzić. Nawozić. Chronić rośliny. Podlewać. Obserwować.
Mogę zrobić wszystko książkowo.
A później przychodzi susza.
Albo trzy tygodnie deszczu.
Albo grad.
Albo majowy przymrozek.
I w ciągu jednej nocy natura może zabrać dużą część efektów pracy wykonywanej przez kilka miesięcy.
Oczywiście współczesne rolnictwo dysponuje technologiami, o których kilkadziesiąt lat temu nikomu się nie śniło. Nawadnianie, precyzyjne prognozy, GPS, automatyzacja, nowe odmiany, szklarnie, tunele, osłony, siatki przeciwgradowe. A jednak nawet jeżeli coś produkujemy pod szkłem czy pod folią, nadal nie jesteśmy całkowicie niezależni od temperatury, światła, wiatru czy gwałtownych zjawisk atmosferycznych.
I pomyślałam wtedy, że trzeba mieć specyficzną konstrukcję psychiczną, żeby rok po roku funkcjonować z takim poziomem niepewności.
Rolnik jest trochę menedżerem, trochę przedsiębiorcą i trochę specjalistą od zarządzania ryzykiem
Kiedy zajmuję się z klientami zmianą zawodu, bardzo często rozkładamy konkretną pracę na kompetencje.
I gdyby zrobić coś takiego z zawodem rolnika, powstałby naprawdę ciekawy profil.
Bo trzeba znać się na tym, co się produkuje. Trzeba rozumieć ziemię, rośliny albo zwierzęta. Trzeba znać maszyny i technologie. Trzeba planować. Liczyć koszty. Kupować. Sprzedawać. Inwestować. Śledzić ceny. Podejmować decyzje finansowe. Znać przepisy. Czasami zatrudniać ludzi i nimi zarządzać.
A jednocześnie trzeba potrafić funkcjonować w sytuacji, w której nie wszystko zależy od naszej pracy.
Możesz zrobić wszystko dobrze i dostać zły wynik.
Z punktu widzenia psychologii kariery jest to fascynujące.
W wielu zawodach funkcjonujemy bowiem według prostego założenia: jeżeli będę się bardziej starać, lepiej przygotuję projekt, zdobędę większą wiedzę, wykonam więcej telefonów, to zwiększę prawdopodobieństwo sukcesu.
Rolnik też oczywiście zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu dzięki wiedzy i dobrej pracy.
Ale nigdy nie może wyeliminować tego, co przyniesie natura.
Potrzebna jest więc nie tylko pracowitość.
Potrzebna jest odporność na brak kontroli.
A to już jest konkretna predyspozycja zawodowa.
Rolnictwo w Polsce ma bardzo różne twarze
Ciekawe jest też to, że kiedy mówimy „polski rolnik”, możemy mieć na myśli kompletnie różne rzeczy.
Według najnowszych oficjalnych danych ARiMR średnia powierzchnia gruntów rolnych w gospodarstwie w Polsce w 2025 roku wynosiła 11,75 ha. Tyle że średnia krajowa bardzo słabo pokazuje różnice między poszczególnymi regionami.
Tutaj, w województwie lubelskim, gdzie leżą Wyryki, średnia wynosi 8,45 ha. Dla porównania w województwie zachodniopomorskim jest to aż 34,04 ha, a w warmińsko-mazurskim 24,33 ha.
I przyznam, że sama wcześniej obstawiałabym, że najmniejsze gospodarstwa są na Podlasiu albo generalnie na wschodniej ścianie Polski.
Tymczasem dane pokazują coś innego.
Najniższa średnia jest w Małopolsce – 4,40 ha, następnie na Podkarpaciu – 5,27 ha i w województwie świętokrzyskim – 6,18 ha. Podlaskie ma natomiast średnio 13,02 ha, czyli więcej niż wynosi średnia krajowa.
To są średnie, więc oczywiście za każdą z nich kryją się zarówno bardzo małe gospodarstwa, jak i dużo większe.
A na drugim końcu skali znajdują się przedsiębiorstwa rolne gospodarujące nie na kilku czy kilkudziesięciu, lecz na tysiącach hektarów.
Gospodarstwo mające 20 tysięcy hektarów? Tak, w Polsce też są takie podmioty
Jednym z największych przedsiębiorstw rolniczych działających w Polsce jest Grupa Top Farms, która według informacji publikowanych przez samą firmę działa na obszarze ponad 23 tys. hektarów w województwach wielkopolskim, lubuskim, warmińsko-mazurskim i opolskim.
Żeby w ogóle wyobrazić sobie tę skalę: 23 tysiące hektarów to 230 kilometrów kwadratowych.
Mamy także Spółdzielczą Agrofirmę Witkowo, która podaje, że gospodaruje na ponad 11 tysiącach hektarów, z czego ponad 10,6 tys. ha stanowią grunty własne.
Kolejnym przykładem jest Kombinat Rolny Kietrz. Według informacji Senatu z 2025 roku sama produkcja roślinna przedsiębiorstwa obejmuje około 9200 hektarów, a oprócz niej prowadzona jest również produkcja zwierzęca.
Oczywiście nie można porównywać takiej organizacji jeden do jednego z rodzinnym gospodarstwem mającym pięć, dziesięć czy dwadzieścia hektarów.
Ale właśnie to wydaje mi się interesujące.
Pod jedną nazwą „rolnik” kryje się człowiek prowadzący niewielkie rodzinne gospodarstwo oraz ogromne przedsiębiorstwo zatrudniające pracowników, posiadające zaawansowane maszyny, magazyny, wielomilionowe inwestycje i tysiące hektarów ziemi.
Tak samo zresztą jak pod słowem „przedsiębiorca” może kryć się jednoosobowa działalność i właściciel wielkiej firmy.
I dlaczego żaden rolnik nie przyszedł do mnie po zmianę kariery?
Wracam więc do pytania, od którego zaczęłam.
Dlaczego przez tyle lat nie spotkałam w swojej praktyce ani jednej osoby, która powiedziałaby:
„Jestem rolnikiem i chcę się przebranżowić”?
Być może rzeczywiście do nich nie docieram.
Ale mam też inną hipotezę.
Dla większości moich klientów zawód można do pewnego stopnia oddzielić od reszty życia.
Możesz być dyrektorem HR w jednej firmie, odejść i zostać dyrektorem HR w innej. Możesz pracować w finansach, a następnie przenieść część swoich kompetencji do konsultingu. Możesz być menedżerem sprzedaży i zacząć budować własny biznes.
W rolnictwie te granice są znacznie mniej wyraźne.
Praca, majątek, miejsce zamieszkania, rodzina i styl życia są często ze sobą połączone.
Rolnik nie zamyka laptopa o 17.00 i nie wychodzi z biura.
Jeżeli chce przestać być rolnikiem, pojawia się natychmiast pytanie: co z ziemią? Co z maszynami? Co z gospodarstwem? Co z produkcją? Czy sprzedać? Wydzierżawić? Przekazać dzieciom? A jeśli w okolicy nie ma pracy odpowiadającej jego kwalifikacjom – czy się przeprowadzić?
I wtedy przebranżowienie przestaje być tylko decyzją zawodową.
Staje się decyzją życiową.
Może właśnie dlatego w tym środowisku znacznie częściej zmienia się sposób prowadzenia gospodarstwa niż zawód.
Czy można więc „wybrać” zawód rolnika?
Myślę, że tak.
I właśnie to chyba najbardziej chciałabym tym tekstem pokazać.
Rolnikiem nie trzeba myśleć wyłącznie jako o człowieku, który „odziedziczył gospodarstwo”.
Można spojrzeć na rolnictwo tak samo, jak patrzymy na inne ścieżki zawodowe, i zapytać:
Czy taki sposób pracy pasuje do mnie?
Czy dobrze funkcjonuję przy dużej samodzielności?
Czy jestem gotowa lub gotowy podejmować decyzje finansowe i ponosić ich konsekwencje?
Czy potrafię pracować bez natychmiastowego efektu?
Czy akceptuję sezonowość?
Czy umiem żyć z ryzykiem?
Czy potrzebuję przewidywalności, czy raczej dobrze funkcjonuję wtedy, kiedy każdy rok może wyglądać inaczej?
Czy ważne jest dla mnie widzenie bardzo konkretnego efektu swojej pracy?
I wreszcie: jak dużo kontroli potrzebuję, żeby czuć się zawodowo bezpiecznie?
Bo jeżeli ktoś potrzebuje stałego wynagrodzenia wpływającego konkretnego dnia miesiąca, wysokiej przewidywalności i dużej kontroli nad efektem swojej pracy, rolnictwo może być dla niego naprawdę trudnym środowiskiem.
Ale jeżeli ktoś lubi samodzielność, myśli długoterminowo, potrafi podejmować ryzyko, chce widzieć namacalny efekt własnej pracy, ma przedsiębiorczą głowę i jednocześnie dobrze czuje się blisko natury – być może jest to zawód zdecydowanie bardziej interesujący, niż wcześniej przypuszczał.
Bo kiedy wybieramy zawód, nie wybieramy przecież tylko tego, co będziemy robić przez osiem godzin dziennie.
Wybieramy również sposób życia.
Rolnictwo jest chyba trochę więcej niż zawodem
Nie lubię nadużywać słowa „powołanie”.
W doradztwie zawodowym wolę mówić o predyspozycjach, wartościach, talentach, środowisku pracy i o tym, czy konkretny zawód jest dopasowany do człowieka.
Ale kiedy patrzę na zawód rolnika, mam poczucie, że tutaj rzeczywiście pojawia się jakiś element powołania.
Bo trzeba zaakceptować rytm, którego samemu się nie ustala.
Żniw nie można przesunąć na następny tydzień dlatego, że akurat mamy zaplanowany urlop.
Zwierzęta nie wiedzą, że jest niedziela.
Pogoda nie zagląda do naszego kalendarza.
Nie wszystko da się przełożyć.
Nie wszystko da się zaplanować.
I co być może najtrudniejsze – można wykonać swoją pracę bardzo dobrze, a mimo wszystko dostać od natury odpowiedź:
„W tym roku nie.”
Jestem teraz w Wyrykach. Patrzę na pola Lubelszczyzny i myślę, że chyba właśnie tutaj wyjątkowo mocno widać coś, o czym w świecie kariery mówimy za rzadko.
Rolnik nie jest „kimś, kto ma gospodarstwo”.
Rolnik wykonuje zawód.
Zawód wymagający wiedzy, przedsiębiorczości, cierpliwości, odpowiedzialności, odporności psychicznej, umiejętności zarządzania ryzykiem i ogromnej samodzielności.
Jeden z najstarszych zawodów świata.
A jednocześnie – patrząc na technologię, nowoczesne maszyny, analizę danych czy skalę współczesnych gospodarstw – zawód, który ma coraz mniej wspólnego z jego stereotypowym obrazem.
I kiedy 23 sierpnia w Wyrykach rozpoczną się dożynki, pewnie większość z nas pomyśli przede wszystkim o tradycji.
Ja pomyślę trochę inaczej.
O ludziach, którzy właśnie zakończyli kolejny etap swojej pracy zawodowej.
I o tym, że chyba nie bez powodu przez wszystkie lata mojego doradztwa zawodowego żaden z nich nie przyszedł do mnie powiedzieć:
„Chcę przestać być rolnikiem. Co mogę robić zamiast tego?”
Może rzeczywiście po prostu do nich nie docieram.
A może z niektórych zawodów nie odchodzi się tak łatwo, bo są czymś więcej niż pracą?
#praca #rolnik #sggw


Administratorem Twoich danych osobowych jest Coaching i rekrutacja Agnieszka Miliszkiewicz-Pajdzińska z siedzibą przy ul. Mehoffera 23/16, Warszawa 03-131. Podanie danych osobowych jest dobrowolne i możliwe do wycofania. Więcej informacji na temat procesu przetwarzania danych osobowych oraz przysługujących Ci praw uzyskasz w Polityce prywatności.